Blog Świdra


Luty 2008   
Zobacz blogi z innych miesięcy:

Zapiski Świdra:
Sylwester w Spale

Do meczu wyjazdowego w Perugii przygotowywała się nie tylko cała nasza drużyna, ale również cała moja rodzina. Wiadomo... Przez cztery lata Perugia była naszym drugim domem, więc darzymy to miejsce wielkim sentymentem, bo zostawiliśmy tam kawał serca i wielu wspaniałych przyjaciół.

Ja z drużyną tradycyjnie wyjechałem dzień wcześniej mimo, że to tylko 140 kilometrów. Ola z rodziną i watahą zwierzaków przyjechała w dzień meczu. Oczywiście na spotkanie wybrała się również przyjaciółka Oli _ Stefania Corsano wraz z dziećmi. Dziewczyny wzięły ze sobą również Anę _ narzeczoną Igora Omrcena. Rozumiecie doskonale, że w przypadku Oli nie tylko mecz i spotkanie z przyjaciółmi było priorytetem tej "egzotycznej" drużyny? Żartowaliśmy z Igorem i z Mirco, zadając sobie pytania typu: karty zablokowane? Wszyscy odpowiadali twierdząco, choć każdy wiedział, że to tylko żart. Nasze panie miały dostęp do pieniędzy. Zgodnie stwierdziliśmy, że na serio musielibyśmy się martwić, gdyby urządziły swój zjazd dzień wcześniej. Pocieszaliśmy się, że w ciągu kilku godzin nie są w stanie wyrządzić większych szkód na naszych kontach, ale jakiś niepokój pozostał.

Teraz bardziej serio... Wróćmy do meczu. Do tego spotkania przystępowaliśmy bardzo skoncentrowani, ponieważ Macerata już od bardzo dawna nie wygrała na wyjeździe. Chcieliśmy się w końcu przełamać. Wygrać chcieliśmy bardzo, ale nawet przez myśl nam nie przeszło, że uda się to zrobić z taką łatwością. Tak słabo grającej Perugii nie widziałem od lat. Nie wychodziło im nic, nawet zmiany, których dokonywał trener. Przysłowiowa godzina z prysznicem i wygrana 3-0!!! Trochę dziwnie się czułem. Z jednej strony odczuwałem radość po wygranym meczu , a z drugiej _ odrobinę smutku z powodu przegranej Perugii.

Już wcześniej umówiliśmy się ze znajomymi oraz z Mirco i Igorem na kolację u naszego wspólnego przyjaciela _ Mario. Niestety nie wszyscy się zjawili. Brakowało między innymi Jacka Sintiniego, który wolał w samotności przeżywać porażkę. Nie dziwiłem się wcale, dobrze go rozumiałem, ale było mi przykro, że się nie spotkaliśmy. Mimo miłej atmosfery nie mogliśmy posiedzieć dłużej, ponieważ wracaliśmy razem z dziećmi, które nazajutrz rano musiały pójść do szkoły. Do Maceraty dotarliśmy około północy, niewiele później od klubowego autokaru.

Następnego dnia podczas odnowy dowiedziałem się, że czeka nas gra w turnieju. Trochę się zdziwiłem, gdyż wcześniej nikt o nim nie wspominał. Okazało się, że trwają obchody dziesiątej edycji AIDS OUT, których finałem ma być właśnie rozegranie turnieju siatkarskiego. Jako że Lube jest od dawna współorganizatorem tego przedsięwzięcia, więc zespół też aktywnie w nim uczestniczy. Każdy z nas został przydzielony do drużyny szkolnej pełniąc rolę libero. Zasady były jasne _ podczas gry, na boisku musiały występować minimum dwie dziewczyny, a reszta pozostawała bez zmian. Zabawa była przednia, ale walka na całego. Po kilku rozegranych meczach okazało się, że awansowałem do finału!!!

Niestety w decydującym meczu musiałem uznać wyższość drużyny naszego drugiego libero _ Smerilliego. Lube wraz z władzami miasta ufundowali nagrody dla uczestników finału w postaci laptopów dla każdej ze szkół. Dzień później razem z drugim trenerem Caponerim udaliśmy się do lokalnej TV. Była to rutynowa wizyta. Mówiliśmy o ostatnim meczu w Perugii i o przyszłości Lube w rozgrywkach. Nie było aż tak strasznie jak myślałem. Wiele razy uczestniczyłem w takich wywiadach, ale zawsze czuję tremę. Chyba nie mógłbym być aktorem...

W międzyczasie, jakoś w środku tygodnia, zaczął się strajk transportowców. Na początku, choć zewsząd dochodziły niepokojące wiadomości o pustkach w sklepach i braku paliw w stacjach benzynowych, w Maceracie nie czuliśmy żadnych uciążliwości. Dopiero pod koniec tygodnia razem z Olą zaczęliśmy nerwowe poszukiwania paliwa. Mamy dwa auta i oba baki były prawie puste. Groziło nam unieruchomienie. Taka perspektywa najbardziej ucieszyła nasze dzieci, bo do szkoły daleko i bez auta ani rusz. Na całe szczęście, rząd po kilku dniach przystał na żądania strajkujących i wszystko wróciło do normy.

Na następne spotkanie do Taranto, jechaliśmy z pewnymi problemami kadrowymi. Rodrigao musiał się pilnie udać do Brazylii z powodu poważnych problemów z jego nowonarodzonym synkiem. Jechaliśmy więc bez niego, ale wszyscy trzymaliśmy kciuki za zdrowie maluszka. Drugim problemem był... śnieg. Poza alpejską częścią kraju rzadko daje się we znaki, ale tym razem sytuacja nie wyglądała najlepiej. Podróż zajęła nam aż jedenaście godzin. Na południu kraju śniegu nie widziano od lat, więc mnóstwo było stłuczek, karamboli, zatorów i pozamykanych dróg.

W Perugii na hali było zimno, ale to co zastaliśmy na porannym rozruchu to już była istna kostnica. Owszem, przyniesiono cztery duże grzałki na gaz, ale różnica nie była odczuwalna. Bardzo się zdziwiliśmy, kiedy nie zobaczyliśmy ich po południu, a hala była dodatkowo "chłodzona" przez drzwi pootwierane dla kibiców. Nie pomogła nawet wyjątkowo długa rozgrzewka. Zaczęliśmy nawet podejrzewać, że to jakiś nowy chwyt "taktyczny", ale daliśmy spokój, bo wszystkim było jednakowo zimno. Dość powiedzieć, że jeden z Brazylijczyków z Taranto rozgrzewał się w... rękawiczkach.

W pierwszych dwóch setach wyraźnie prowadziliśmy, ale Lattari _ nowy trener Prismy dokonał zmian i gra się wyrównała. Bardzo dobrze grał Visotto, który zdobył ponad 30 punktów oraz nowy nabytek Taranto _ Rumun Pereu, nagrodzony na koniec tytułem MVP tego spotkania. Piąty set był bardzo wyrównany do stanu po jedenaście. Na szczęście końcówka należała do nas. Była to druga pod rząd wygrana Lube na wyjeździe od kilkunastu miesięcy. Wracaliśmy więc do domu w dobrych nastrojach i nawet wizja długiej podróży nie robiła na nas wrażenia. Z drogi zadzwoniłem do Oli. Opowiadała, że również w Maceracie przez ostatnie dwa dni padał śnieg. Dzieci były w wniebowzięte. Tomek widział śnieg chyba drugi raz w życiu. Nie dziwiłem się więc, gdy Ola z troską mówiła, że boi się o zdrowie pociech, które prawie cały weekend bawiły się w ogrodzie, wpadając do domu tylko po to, by coś przekąsić i napić się ciepłego. Skończyło się na małym katarze, więc atak zimy mogliśmy podsumować jako wydarzenie, które nie wyrządziło szkód.

Po powrocie czekała nas kolejna "niespodzianka" ze strony klubu: wizyty w szkołach. Temat spotkań: fair play w sporcie i wśród kibiców. Zostaliśmy podzieleni na małe grupy i powysyłani do wybranych szkół, gdzie w klasach bądź aulach odpowiadaliśmy na pytania zgromadzonych uczniów. Ja byłem ze Stefano Recine, Janem Willemem Snippe i z Natale Monopolim. Na szczęście nie musiałem dużo mówić, bo Stefano _ prawdziwy pasjonat siatkówki, mógłby na ten temat mówić godzinami, więc rzadko dochodziliśmy do głosu. Dodam, że nie miałem mu tego za złe.

Tymczasem z Polski dotarły do nas sensacyjne wiadomości o tym, że częstochowski zespół pokonał i wyeliminował z pucharów rosyjski team Iskry Odincowo z wielkim Gibą na pokładzie!!! Dziwiło mnie bardzo, że taka niespodzianka nie została odnotowana ani we włoskiej prasie, ani w TV. Widać uznali, że to normalka. Częstochowa wyeliminowała Odincowo! Dla mnie to wielkie wydarzenie. Brawo chłopaki, moje gratulacje!!!

W piątek rano miałem jechać z Olą do Rzymu po jej mamę, która tradycyjnie przyjeżdża do nas na święta. Niestety wróciłem dość późno z kolacji zorganizowanej przez Mirco Corsano. Byliśmy w restauracji specjalizującej się w daniach z owoców morza. Wszystko było przepyszne, atmosfera fajna, więc trochę się zasiedzieliśmy. Spałem kamiennym snem, a Ola postanowiła mnie nie budzić. Pojechała sama. Strajk już się skończył, śnieg przestał dokuczać, więc nie miała żadnych kłopotów.

Wieczorem po treningu pojechaliśmy z dziećmi na mszę zorganizowaną przez właściciela Lube Cucine. Msza dla pracowników i ich rodzin odbyła się w... hali fabrycznej. Pomysł i miejsce dość oryginalne, ale prezes Lube bardzo dużą wagę przywiązuje do tego, aby wszyscy pracownicy jego fabryki czuli się jak jedna wielka rodzina. Po mszy czekała nas niespodzianka. Prezes obdarował wszystkie dzieci swoich pracowników prezentami. Paczki dostały też dzieci zawodników. Maja z Tomkiem byli zachwyceni otrzymanymi podarkami. Bardzo spodobała mi się ta tradycja przedświątecznej mszy, którą jak potem słyszałem, kultywuje się tu od wielu lat.

Przyszedł czas meczu z Latiną... Przed samym spotkaniem Vermilio odebrał okazałą paterę _ nagrodę przyznaną mu przez kibiców jako najlepszemu zawodnikowi listopada. Trochę się z tego podśmiewaliśmy, ponieważ w listopadzie ze względu na przerwę spowodowaną Pucharem Świata rozegraliśmy tylko jeden mecz. Do spotkania z Latiną przystąpiliśmy bardzo skoncentrowani, co było widać zwłaszcza w pierwszych dwóch setach. Niestety w trzecim trochę się rozluźniliśmy i zaczęliśmy popełniać bardzo dużo niewymuszonych błędów. Potem się dowiedzieliśmy, że było ich aż czternaście!!! W efekcie trzeci set padł łupem naszych przeciwników. W czwartym, po reprymendzie trenera, pozbieraliśmy się i cały mecz wygraliśmy 3-1. Było to nasze czwarte zwycięstwo z rzędu.

Po spotkaniu udaliśmy się na oficjalną kolację wigilijną zorganizowaną przez klub w restauracji pod Maceratą. Było bardzo sympatycznie. Pod koniec towarzystwo rozluźniło się na tyle, by śpiewać karaoke. Nawet Igor Omrcen załapał się do chórku chłopaków, ale jak nam potem tłumaczył, tylko udawał, że śpiewa bo kompletnie nie znał piosenki. Tradycją w klubie jest również obdarowywanie zawodników prezentami. W tym roku każdy z nas dostał ipoda nano i playstation mini. Nasze żony w podzięce za to, że z nami wytrzymują dostały piękne kryształowe gwiazdy Swarovskiego. W domu zostałem obrabowany. Maja "zaklepała" sobie playstation, a Ola ipoda. Ach te baby!

Mecz z Latiną graliśmy 23 grudnia, a nazajutrz _ w wigilijny poranek _ udałem się na trening. Dobrze, że w tym roku tylko jeden. Dzięki temu do wigilijnej kolacji zasiedliśmy prawie z pierwszą gwiazdką. Na stole nie brakowało niczego. Były między innymi pierogi z grzybami, barszcz z uszkami, kutia, ryba po grecku, w galarecie i smażona. Mniamm! Same pyszności. Znalazło się też miejsce na wolny talerz dla strudzonego wędrowca i sianko, na którym leżał opłatek. Oczywiście ciężko było utrzymać dzieci przy stole. Nie mogły się doczekać prezentów. Po spróbowaniu wszystkich potraw _ trzeba skosztować wszystkiego, bo to przynosi szczęście w nowym roku _ udaliśmy się z dziećmi szukać pierwszej gwiazdki i Mikołaja.

W tym czasie Ola i nasze mamy poukładały prezenty pod drzewkiem. Dzieci uwierzyły, że Mikołaj wszedł drugim wejściem. Były tak podekscytowane, że nawet nie zwracały uwagi na tłumaczenia. Zaczęło się rozpakowywanie prezentów, rozrywanie papierów, aby jak najszybciej dostać się do paczek. Tomek wpadł w taki "automatyzm", że rozpakowywał wszystko po kolei, aż przez przypadek trafił na perfumy Oli. Spojrzał chwilę na nie i klepiąc się w czoło powiedział: _ O jeny! Mama to chyba twoje. No nieee!

Mieliśmy ubaw po pachy i byliśmy szczęśliwi widząc radość dzieciaków, ale wszystko co dobre, szybko się kończy. 25 rano miałem trening, a po południu wyjazd na mecz do Rzymu. We Włoszech święta tradycyjnie mijają pod znakiem siatkówki. Wszystko to za sprawą bardzo napiętego kalendarza rozgrywek.

Mecz odbył się w drugi dzień świąt bardzo późno, bo o 20:30. Spotkanie było transmitowane przez telewizję, więc mogli je obejrzeć także kibice w Polsce. Mogę powiedzieć tylko tyle, że dla mnie było to niestety najsłabsze spotkanie, jakie rozegrałem w tym sezonie. Emocji mógł dostarczyć tylko pierwszy set rozgrywany na przewagi. Potem było już tylko gorzej. Całe spotkanie przegraliśmy i to w kiepskim stylu. Po meczu nie obyło się bez reprymendy. Do szatni przyszedł trener Fefe i powiedział, że choć we wcześniejszych wygranych meczach mieliśmy przestoje, to jednak potrafiliśmy wyciągnąć wnioski i wygrać, ale dziś nie zaprezentowaliśmy niczego, co mogłoby nas doprowadzić do zwycięstwa. Przykro było tego słuchać, tym bardziej, że wcześniej mieliśmy dobrą passę.

Po spotkaniu część zawodników została w stolicy. Dostaliśmy tydzień wolnego. Następnego dnia kadrowicze wyjeżdżali na zgrupowania swoich reprezentacji. Wraz z kilkoma chłopakami zostałem zaproszony na kolację przez Ivana Miljkovica, który grał w Maceracie kilka lat i zostawił tam wielu przyjaciół. Po kolacji z Vermiglio i Willem udaliśmy się do hotelu na lotnisku. Oni odlatywali rano, ja około południa. Tradycyjnie w mojej torbie więcej było prezentów i zakupów dla znajomych niż moich rzeczy. Teraz osobisty bagaż był pomniejszony także z tego powodu, że ze względu na zmianę sponsora na firmę Adidas niczego nie musiałem zabierać, bo wszystko czekało w kraju. Z lotniska odebrał mnie kierownik reprezentacji. Razem udaliśmy się prosto do Spały. Ze względu na mecz w Rzymie, na zgrupowanie dotarłem o cały dzień później niż pozostali koledzy.

Jak zawsze, tak i tym razem trenerowi Lozano od początku nie brakowało zmartwień. Michał Winiarski narzekał na ból pleców i praktycznie nie mógł się schylać. Mariusz Wlazły nie do końca wyleczył uraz stopy. Ja przyjechałem z nadwerężonym barkiem. Ta kontuzja ciągnie się za mną jeszcze od turnieju w Szombathely. Trenowałem więc na _pół gwizdka_ i byłem oszczędzany szczególnie w ataku, żeby nie obciążać barku. Bardzo dużo czasu poświęcałem na zabiegi i rehabilitację, żeby choć trochę się podleczyć. Na nieszczęście, na dzień przed przerwą Szamponowi pogłębił się uraz, kiedy przy zeskoku niefortunnie stąpnął na kontuzjowaną stopę . Pech nas prześladuje nieustannie.

31 grudnia pojechałem na badania barku do Warszawy. Wyniki były w "normie": stan zapalny, zwapnienia, naderwane włókna i zwyrodnienie stawu. Typowe problemy siatkarza ze stażem. Nie zamartwiam się. Zaciskam zęby i gram. Tym razem o awans olimpijski. Po badaniach wróciłem do Spały. Miałem kilka zaproszeń, ale wolałem odpocząć i spędzić ten wieczór samotnie z pilotem w ręku. Chciałem odetchnąć, przemyśleć parę spraw w samotności.

Po sylwestrowym świętowaniu wróciliśmy do szarej rzeczywistości i do problemów. Michał Winiarski musiał zrezygnować z wyjazdu na turniej do Izmiru. Mariusz też nie zdążył wydobrzeć i przygotować formy na zawody. W trybie awaryjnym na kadrę dojechał Dawid Murek, ale nie był to jeszcze koniec problemów, bo dzień przed wyjazdem Grzesiek Szymański zrezygnował z powodu bólu pleców. Dojechał Marcin Wika, który świetnie się prezentował w rozgrywkach ligowych, ale zostaliśmy praktycznie bez atakującego. Nie wiem jak będzie wyglądać nasza gra i jakie mamy szanse na awans w obliczu całej tej sytuacji. Wasz doping , dobre słowa i wiara są nam teraz szczególnie potrzebne. Trzymajcie kciuki. Wasz Seba

Spała, 02 stycznia 2008

PS. Dziękuję serdecznie za życzenia wigilijne i noworoczne, które zewsząd do mnie napływały.

[powrót do newsów]