Sebastian Świderski: Jestem z Gorzowa

Ani słowa o siatkówce! Umawiając się na spotkanie ustaliliśmy, że będziemy rozmawiać o plamach na Słońcu, hodowli strusi, ekologii, lustracji, frustracji, drugiej stronie Księżyca, przemiale miału, róży do kożucha i piórku do kapelusza. O wszystkim z wyjątkiem siatkówki. Wyszło jak... wyszło, ale przecież obaj mieliśmy dobre chęci i zamiar szczery.
Z Sebastianem Świderskim rozmawia Janusz Wróbel


Jak wynika z ostatnich meldunków, zaczynasz się oswajać z myślą, że rodzina powiększy się o nowego domownika. Czyżbyś rzeczywiście był gotów do adopcji Stelli?
Wyjaśnijmy od razu, że Stella to pies, a ściślej suka. Podkreślam ten fakt, ponieważ zdarzało mi się czytać na forach internetowych różne sensacyjne "wiadomości" o stanie mojej rodziny. Stella to labradorka, którą dostałem w prezencie na rocznicę ślubu. To dłuższa historia, więc opowiem ją w skrócie. Moja żona Ola wspierana przez dzieci - Maję i Tomka od jakiegoś czasu dawała "sygnały" o zamiarze nabycia psa, ale ja stanowczo oponowałem. Nie żebym nie lubił zwierzaków, lecz dlatego, że przy naszym obecnym trybie życia nie widziałem miejsca dla jeszcze jednego domownika, który wymaga opieki. Uważam, że dwójka dzieci i kot na razie wystarczy. W rocznicę naszego ślubu wracałem do domu z bukietem kwiatów. Byłem dumny z siebie, że nie zapomniałem. Wyobrażałem sobie jaką minę zrobi Ola na dowód mojej "pamiętliwości", tymczasem na progu spotkała mnie niespodzianka. W efekcie spisku uknutego przez Olę oraz Lucę Bucaioniego - naszego drugiego rozgrywającego i jego narzeczoną Chiarę, zostałem obdarowany. Prezentem była trzymiesięczna labradorka. Cóż miałem zrobić? Prezentów się przecież nie odrzuca, więc Stella została w naszym domu. Umówiliśmy się, że na próbę.

Kiedy próba dobiegnie końca?
Po wakacjach. Stella zostanie pod opieką we Włoszech, moja rodzina spędzi lato w kraju. Jeśli jesienią się okaże, że rozpozna w nas swoje... stado, to pewnie już zostanie z nami, bo jestem człowiekiem gołębiego serca. Ja naprawdę nie mam nic przeciwko zwierzakom. Przez nasz dom przewinęły się w różnych okresach rybki, myszki, chomiki i miniaturowe króliki, które jakoś zawsze wyrastały na dorodne okazy. Moje zastrzeżenia w związku z psem wynikają wyłącznie z poczucia odpowiedzialności. Pies przywiązuje się do ludzi, a my przecież nie możemy go wozić po całym świecie i jeśli protestuję, to tylko dlatego, że nie chcę żeby cierpiał.

Z kotem nie ma takich problemów?
Są inne. Mysia jest klasycznym dachowcem w kolorze antracytu. Trafiła do nas jako Misia, ale Maja wymawiała jej imię po swojemu, więc została Mysią. Od zawsze chodziła swoimi drogami, co czasem powodowało różne komplikacje. Oto przykład. Pojechaliśmy kiedyś z całą rodziną do Ustronia. Dla mnie był to pobyt leczniczy po ciężkim sezonie. Turnus dobiegł końca i kiedy spakowaliśmy manatki okazało się, że są wszyscy, poza Mysią. Nie mogłem czekać w nieskończoność, bo jechałem na zgrupowanie kadry, więc stanęło na tym, że ja wyjadę, a Ola z dziećmi zostanie w hotelu aż do powrotu kotki. W tym miejscu trzeba wyjaśnić, że Mysia cieszy się naszym zaufaniem i pełną autonomią. Byłaby nieszczęśliwa gdybyśmy chcieli ją trzymać w mieszkaniu, więc czasem znika na kilka dni, ale z nią tak było zawsze, więc zaakceptowaliśmy fakt, że wychodzi i wraca kiedy chce. W Ustroniu kotka odnalazła się dopiero kilka dni po moim wyjeździe. Okazało się, że wracając utknęła w szybie wentylacyjnym. Jedynym sposobem wybawienia jej z opresji było wykucie otworu w ścianie łazienki. Śmialiśmy się potem, kiedy dostaliśmy rachunek za dodatkowy pobyt, nowe kafelki i remont zdemolowanej łazienki, że nasza Mysia się ceni, bo kosztuje więcej niż niejeden kot z rodowodem.

Wspomniałeś o sensacjach na swój temat przeczytanych na forach internetowych. Czyżbyś miał złe doświadczenia?
Przestałem czytać, kiedy ku mojemu osłupieniu dowiedziałem się, że... zostałem ojcem. Moja rodzina dosłownie zasypała nas lawiną telefonów. Zanim wszystkim po kolei wyjaśniłem, że to wymysł jakiegoś domorosłego pisarza, musiałem wysłuchać wymówek, jak to nieładnie, kiedy w rodzinie dochodzi to takiego wydarzenia, a ja nikogo nie raczę zawiadomić i że oni dowiadują się dopiero z prasy, bo trzeba dodać, że sensację z internetu bezkrytycznie powtórzyła jakaś gazeta. Wyjaśnienie nieporozumienia było w tym przypadku łatwe, ponieważ mowa była o dziecku w małżeństwie, ale wyobraź sobie skalę zamieszania, gdyby ktoś napisał, że matką owego rzekomego potomka nie jest moja żona... Musiałbym Oli i rodzinie udowodnić, że nie jestem wielbłądem.

A nie jesteś?
Liga Światowa, a w szczególności mistrzostwa świata sprawiły, że jesteśmy rozpoznawalni, popularni i... wystawiani na różne pokusy, ale ja nie mam potrzeby szukania dodatkowych doznań. Wracając zaś do owego rzekomego dziecka, dostrzegłem tylko jedną przesłankę, która mogłaby w jakiś sposób uzasadnić napisanie owego sensacyjnego doniesienia, co jednak nie najlepiej świadczy o autorze, bo wygląda na to, że pomylił mnie z Marcinem Nowakiem, który właśnie w tym czasie został ojcem. Od tamtego dnia poniechałem wchodzenia na fora dyskusyjne, zwłaszcza że do poziomu dyskusji zawsze miałem zastrzeżenia, zaś na własnej skórze przeżyłem próbkę wiarygodności. Mniej więcej w tym czasie wyjechałem do Włoch i w ten sposób uwolniłem się od naszego rodzimego piekiełka.

Rzeczywiście nie jesteś zainteresowany wolną dyskusją?
Śledzę wydarzenia odnotowywane na polskich portalach siatkarskich, bo to najszybszy sposób zdobycia informacji, ale czytanie forów sobie daruję. Zaglądam za to na włoskie klubowe listy dyskusyjne, bo opinie dotyczą wyłącznie siatkówki i nigdy nie naruszają sfery naszej prywatności.

Ja za twoim przyzwoleniem zamierzam ją jednak naruszyć. Co robisz kiedy nie grasz i nie trenujesz?
Odpoczywam. Obowiązków mam niewiele, bo Ola świetnie prowadzi nasz dom. Po treningu, zwłaszcza takim jaki serwował nam w tym roku Emanuele Zanini normalny człowiek może tylko leżeć i... czekać na nowy przypływ energii. Co innego, kiedy mam więcej czasu, na przykład w wakacje. W Polsce chętnie spędzam je na Mazurach.

Lubisz towarzystwo komarów?
Czasami rzeczywiście bywają uciążliwe, ale nawet one nie są w stanie odebrać mi przyjemności bycia z bliskimi w otoczeniu lasów i jezior. Mieszkam w gospodarstwie mojego wuja, czas upływa pod znakiem słodkiego lenistwa przeplatanego wizytami zaproszonych gości, grzybobrania, wędkowania i innych przyjemności związanych z życiem w otoczeniu natury.

Jakoś nie starcza mi wyobraźni. Świderski z koszyczkiem na grzyby?
A Świderski spacerujący po lesie?

To już łatwiej mogę sobie wyobrazić...
Lubię pochodzić po lesie. W czasie spaceru zdarza mi się dostrzec grzyba, więc go wtedy podnoszę, ale nie jestem utalentowanym zbieraczem. Kiedyś wspólnie z Dawidem Murkiem poszliśmy w las, ale całą naszą zdobyczą był jeden, za to dorodny, prawdziwek. Nasze żony wypadły w tej konkurencji o niebo lepiej, więc za jakiś czas mogliśmy raczyć podniebienia grzybkami w marynacie.

Łapiesz ryby?
Od razu widać, że nie masz pojęcia o wędkowaniu, bo prawdziwy wędkarz nie "łapie" lecz łowi. To duża różnica. Owszem, lubię wędkowanie. To świetny relaks. W jednym z jezior w okolicach Gorzowa złowiłem kiedyś dwuipółkilogramowego leszcza. Mam też na koncie pstrąga o wadze 2,2 kg. Taka ryba to dobre trofeum i jeszcze lepsze danie, ale żeby ją przyrządzić trzeba szczególnych kwalifikacji. Ja ich niestety nie mam, ale za to moja ciocia z Mazur potrafi wyczarować niesamowite rarytasy. Z tego pstrąga zrobiła tatara. Był absolutnie znakomity.

Możesz podać przepis?
Nie mogę. To ścisła tajemnica mojej cioci. Nigdy nie próbowałem jej przeniknąć, zresztą stanowczo wolę wędkowanie. We Włoszech też czasem udaje mi się wyskoczyć nad wodę w towarzystwie Luki Bucaioniego, ale w ostatnim sezonie miałem mało okazji, bo trener Zanini robił wszystko, żebyśmy zapomnieli o rozrywkach.

Co jeszcze lubisz robić w wolnym czasie?
Kiedyś wielką frajdę sprawiała mi jazda samochodem, ale teraz kręcenie kółkiem wynika bardziej z obowiązku, z potrzeby przemieszczania się, niż szukania przyjemności w samej jeździe.

Opowiedz o swoich bolidach...
Jestem absolwentem Technikum Samochodowego, więc prawo jazdy uzyskałem w ramach obowiązku szkolnego. W roli samodzielnego drivera - jak chyba większość Polaków z naszego pokolenia zadebiutowałem za kierownicą małego Fiata mojej mamy. Śmiała się do łez, kiedy wciskałem się do wnętrza. Było tak ciasno, że trudno mi było ułożyć ręce, więc nauczyłem się kierować kolanami. Później, już za własne pieniądze, co w tym przypadku oznacza kredyt, kupiłem używanego Escorta. Po nim miałem Octavię, Mondeo, Avensis Verso, a teraz jeżdżę Grand Voyagerem, który z powodzeniem może pomieścić rodzinę z bagażami oraz kotem.

Wszystkie twoje pojazdy, może poza małym Fiatem, są wozami rodzinnymi. Nie miałeś nigdy ochoty na bardziej ekstremalne doznania?
W szkole miałem epizod z kartingiem, ale na tym poprzestałem. Nie odczuwałem potrzeby szukania wrażeń na torze, aż do dnia kiedy Krzysiek Śmigiel - facet z benzyną we krwi - zaaranżował zabawy za kółkiem. Skorzystałem więc z okazji przejechania się w rajdowym stylu. Samochód niby nic wielkiego, bo tylko rajdowe Cinquecento z przepisową klatką bezpieczeństwa, ale kiedy zaczęła się jazda... To było prawdziwe przeżycie. Za kierownicą Bartek Ptak, znany ścigant z Radomia, aktualny mistrz Polski w Supermoto, we wnętrzu hałas jak w starej przędzalni, dookoła śnieg po kolana, wąska i kręta droga, drzewa jak baobaby... Ja w tych warunkach nawet na prostej nie zdobyłbym się na mocniejsze wciśnięcie gazu, a on z uśmiechem na twarzy "pełnym gwizdem" leciał bokami przez te zakręty, dosłownie muskając pnie drzew. Przyznaję, że zrobił na mnie wrażenie, ale nigdy nie próbowałem go naśladować. To nie dla mnie.

Z lektury twojego bloga wynika, że... lubisz jeść...
Doceniam dobre jedzenie. Ola jest prawdziwą mistrzynią, więc strach pomyśleć, co by było, gdybym miał tendencję do przybierania na wadze. Na szczęście nie mam, więc jem to co lubię, choć oczywiście muszę zachować umiar, dyscyplinę i właściwe proporcje składników gwarantujących utrzymanie wagi i właściwej dyspozycji.

Wkrótce zameldujesz się na zgrupowaniu kadry. Czy reprezentacja to dla ciebie honor, czy raczej obywatelski obowiązek? Ups... Miało nie być o siatkówce.
Jestem typem buntownika, więc źle znosiłbym sytuację nakazową. Gram w reprezentacji, bo chcę i będę grał tak długo, jak będę potrzebny i zdrowie pozwoli. Domyślam się, że za chwilę zapytasz, co myślę o tych, którzy odmawiają.

A co myślisz?
Jest to sprawa priorytetów. Każdy ma prawo do osobistych decyzji. Ja je po prostu przyjmuję do wiadomości, choć sam uważam, że gra w reprezentacji to zaszczyt i honor. Są jeszcze kibice... Miałem trudny okres w swoim życiu, kiedy posypały się moje kolana. Ze względu na trwającą rehabilitację nie grałem w rundzie kontynentalnej Ligi Światowej, ale miałem nadzieję, że wystąpię w meczach finałowych. Nie zagrałem, miałem nawet lekki żal do trenera i w przypływie rozżalenia jakiś przebłysk myśli, żeby już sobie dać spokój z kadrą, bo przecież z ligi też wyżyję. Kiedy oglądałem te spotkania z trybuny zobaczyłem wielki biało-czerwony transparent z napisem "Świder wróć". Zwątpienie minęło jak ręką odjął. Czyż można odmówić takim kibicom?

Skoro wspomniałeś o zwątpieniach... W konkurencji juniorów byłeś mistrzem Europy i świata, ale w wieku seniorskim ten sam złoty zespół był nazywany pokoleniem niespełnionej szansy. Jak odbierałeś te głosy?
Bardziej niż głos bolało, że byliśmy drużyną piątego miejsca. Czegoś nam brakowało i nikt nie wiedział czego. Z perspektywy czasu patrzę na tamte wydarzenia inaczej. Wielka Brazylia też się nie urodziła z dnia na dzień.

Jaka była rola Raula Lozano w waszej przemianie?
Włosi uczyli się kiedyś siatkówki między innymi od Polaków, więc nie widzę niczego wstydliwego, czy też uwłaczającego polskim trenerom w fakcie, że odnieśliśmy sukces dopiero pod kierunkiem Argentyńczyka. Od naszych trenerów dostaliśmy solidne podstawy rzemiosła. Bazowaliśmy na sile ataku. Lozano dołożył taktykę. Różnica zaś jest taka, że potrafiliśmy grać dobrze, ale przegrywaliśmy z Serbami prowadząc w secie 22:17. Teraz do 20:20 nic się nie dzieje, ale po przejściu tej granicy wykorzystujemy naszą wiedzę taktyczną i to jest klucz do sukcesu. W dalszym ciągu możemy więc mówić o "polskiej szkole siatkówki", ale wzbogaconej dzięki świeżemu spojrzeniu. Lozano nie uczy nas siatkówki, tylko z każdego z nas wydobywa to, co jest najlepsze i z tych właściwości buduje całość. Gdyby został trenerem na przykład Rosji, to sborna nie zaczęłaby nagle grać jak Brazylia. Grałaby jak Rosja. Byłaby to ta sama siatkówka oparta na mocnym ataku i systemie serwis-blok, tyle że wzbogacona o elementy taktyczne właściwe dla ich mentalności, wyszkolenia i cech indywidualnych.

Czy to znaczy że popierasz otwarcie PLS dla zagranicznych trenerów i zawodników?
Tak samo jak wyjazdy polskich siatkarzy za granicę, pod warunkiem, że będą grać w mocnych ligach i u dobrych trenerów, bo jeśli mamy się rozwijać, to musimy się uczyć od najlepszych.

Myślisz czasem o zakończeniu kariery?
Chcę jeszcze pograć, ale od pewnego czasu testuję różne projekty związane z moją przyszłością. Jeden z nich to zaangażowanie w rozwój "Świata Siatkówki". Na razie są to "balony próbne", które ułatwią mi start do nowego rozdziału mojego życia.

Gorzów, Kędzierzyn, Perugia... Gdzie jest twoje miejsce?
Zawsze podkreślam swoje związki z Gorzowem. Jako miejsce urodzenia w moich dokumentach figuruje wprawdzie Skwierzyna, ale to przypadek, ponieważ w czasie mojego przyjścia na świat trwał remont szpitala w rodzinnym mieście. Jestem gorzowianinem z krwi i kości. To moje miasto, z nim się utożsamiam i tak będzie zawsze, nawet jeśli postanowię się osiedlić gdzieś indziej.

Przewidujesz taką ewentualność?
Kupiłem ładną działkę na Mazurach. Dookoła las pachnący żywicą, bezpośredni dostęp do jeziora, w wodzie pełno ryb. Może kiedyś właśnie tam stanie nasz dom, ale na pytanie, skąd jestem, zawsze odpowiem tak samo. Z Gorzowa.

Mieszkanie nad jeziorem? Ty, który na każdym kroku podkreślasz, że woda nie jest twoim żywiołem?
A kto powiedział, że chcę się pławić? Będę moczył kije!

Czego ci życzyć?
Po trzykroć zdrowia. Na resztę sam zapracuję.




Ola Świderska: Sebastiana przy tym nie było

Na powrót Mysi czekałam w Ustroniu z Dorotą Murkową i naszymi córkami. Po tym jak ją zlokalizowałyśmy powstały dwie opcje akcji ratunkowej: dojście do szybu przez ścianę łazienki albo... rozbiórka komina. Łatwiejsze było pierwsze rozwiązanie, ale właścicielka nie chciała demolki w łazience, ponieważ od następnego dnia cały hotel był wynajęty dla ślubnych gości Kuby - nie pamiętam nazwiska - z Big Brothera. Pomogli nam strażacy. Rozebrali komin, przez otwór zeszli piętro niżej do poziomu łazienki i wydobyli naszą wędrowniczkę. W podziękowaniu wysłałam im potem piłkę z autografami kadrowiczów.
A Stella? Nie mogłam się pogodzić z myślą, że mogłaby zostać sama, choćby otoczona najlepszą opieką. Ona już swoje wycierpiała, bo zapomniałam wspomnieć, że zabraliśmy ją ze schroniska. Jutro (18 maja - przyp.red) odbieram jej paszport. Będzie mogła bez przeszkód podróżować po całym świecie. Przyjedzie z nami do Polski jak tylko Maja odbierze świadectwo szkolne. Na pewno zostanie w rodzinie. Gdyby z jakichś powodów nie mogła być z nami, to wówczas zamieszka w domu mojego ojca, ale sądzę że do tego nie dojdzie, bo Sebastian to naprawdę człowiek gołębiego serca.




Ile mierzy Sebastian?

Według różnych źródeł wzrost Sebastian Świderskiego oscyluje między 191 i 196 cm. Ile mierzy naprawdę?
- Na włoskich stronach jest informacja, że 196, ale to nieprawda. Naprawdę mam coś koło 191-192. Nie bez powodu mówię "coś koło", bo rano, po nocnym wypoczynku jestem o centymetr wyższy niż po południu. Gdyby pomiar przeprowadzić po ostrym treningu, to pewnie miałbym ledwie 190. Umówmy się więc, że oficjalny jest pomiar poranny - wyjaśnia Sebastian.


źródło: Świat Siatkówki
/01.06.2007/