7 lat w... Italii - sezon 2005/2006

Tak znakomity sezon jak 2004/2005 nie mógł nie poskutkować wysypem ofert dla najjaśniejszej gwiazdy Serie A. Zaraz po ostatnim gwizdku meczu finałowego Sebastiana zaczęły kusić nie tylko zespoły ligi włoskiej, ale nawet... japońskiej. Azjaci, którzy mogą mieć w swoich szeregach tylko dwóch obcokrajowców, zawsze próbują ściągać największe gwiazdy. Sebastianowi oferowali zawrotną sumę w porównaniu do jego aktualnego kontraktu. Przysłali też podpisany kontrakt, wystarczyło złożyć na nim swój "autograf"...

Ale Sebastian w końcu tego nie zrobił. Doszedł do wniosku, że pieniądze to nie wszystko, obawiał się niskiego poziomu tej ligi i obniżenia swojej formy. Odradził mu ją zresztą nowo powołany trener polskiej reprezentacji, Raul Lozano, którego Sebastian poprosił o radę.

W rezultacie Świder postanowił nic nie zmieniać. Perugia jako rewelacja poprzedniego sezonu miała bardzo dobrą prasę i atmosferę, on sam zaadaptował się tam bardzo dobrze i był gwiazdą zespołu. Cała rodzina Świderskich pilnie uczyła się języka włoskiego i choć - jak przyznawał Sebastian - on sam ciągle więcej rozumiał niż mówił, na boisku i w szatni w zupełności to wystarczało. Drużynę po raz pierwszy w historii czekał prestiżowy występ w Lidze Mistrzów. Tak więc zgodnie z zasadą, że nie ma co zmieniać dobrego na lepsze, bo można niechcący pogorszyć, Świderscy postanowili zostać w Perugii. Kontrakt został przedłużony na kolejne trzy lata.

Z myślą o trudnym sezonie z Ligą Mistrzów w tle klub poczynił wzmocnienia. Zakontraktował m. in. znakomitego specjalistę od przyjęcia, byłego mistrza olimpijskiego Gorana Vujevicia. Do zespołu dołączyli też doświadczony rozgrywający Paolo Tofoli, jego młodziutki zastępca Ivan Zaytsev (który aktualnie jest zresztą przyjmującym), dwaj zawodnicy później świetnie znani z parkietów PlusLigi, czyli atakujący Jakub Novotny i przyjmujący Terence Martin oraz środkowy Massimiliano Di Franco. Niestety nie obyło się i bez strat. Tak znakomicie prowadzącego Perugię trenera "Fefe" De Giorgi "porwała" Lube Banca Macerata. Zespół początkowo poprowadził Piero Molducci, ale już od listopada tę funkcję objął Massimo Caponeri, czyli od pięciu lat drugi trener Perugii.


fot. perugiavolley.it

Sezon rozpoczął się bardzo obiecująco. Jeszcze przed początkiem rozgrywek ligowych, we wrześniu, Perugia wygrała turniej sponsora, Trofeo TIM, który w zamyśle miał zastąpić doroczny mecz o Superpuchar. Perugia pokonała obu pozostałych uczestników, czyli Coprę Berni Piacenza, a następnie wzięła rewanż na mistrzu Włoch Sisley'u Treviso. MVP turnieju wybrano... Sebastiana Świderskiego. Sebastian kontynuował więc nie tylko znakomitą formę z poprzedniego sezonu, ale i z zakończonych kilka dni wcześniej mistrzostw Europy. Tam Polska wprawdzie zajęła swoje "ulubione" 5 miejsce, ale sam Sebastian ponownie był liderem zespołu i wygrał klasyfikację najskuteczniejszych atakujących fazy grupowej.

Niestety cieniem na turniej Trofeo TIM położył się tragiczny wypadek Arkadiusza Gołasia, który w tych dniach zginął w drodze do Włoch. Sebastian, który mieszkał z Arkiem w pokoju podczas mistrzostw Europy, zadedykował mu swój tytuł MVP...


MVP turnieju Trofeo TIM, fot. perugiavolley.it

Mimo tego zwycięstwa sezon zasadniczy tak efektownie już nie wyglądał. Dość mocno zmieniony zespół grał w kratkę. Sebastian w dalszym ciągu był jego liderem, ale atakującego Osvaldo Hernandeza zaczęły trapić kontuzje. Dość często na parkiet wchodził za niego Jakub Novotny. Perugia oscylowała przeważnie w okolicach środka tabeli, a pierwszą rundę zakończyła na ósmym miejscu.

Trzeba pamiętać, że dodatkowym wysiłkiem dla mocno przebudowanego zespołu były rozgrywki Champions League. Tu zresztą zespół Sebastiana spisywał się naprawdę obiecująco. Trafiła mu się całkiem mocna grupa: Lokomotiw Biełgorod, nasza Skra Bełchatów, Lewski Sofia i Buducnost Podgorica. Perugia jednak nic sobie nie robiła z roli debiutanta i wygrała tę grupę w imponującym stylu. Przegrała tylko jedno spotkanie - wyjazdowe z Lokomotiwem. Skrę pokonała dwukrotnie - u siebie 3:2, a w Bełchatowie 3:1. Mecze te transmitował Polsat Sport. Polscy kibice po raz pierwszy od jego wyjazdu mogli podziwiać Sebastiana w klubowych barwach, przekonując się, że jest prawdziwym liderem włoskiej ekipy. W tym dwumeczu zresztą świetnie spisywał się też Martin Lebl.


Perugia-Skra, fot. perugiavolley.it

Po fazie grupowej Perugia trafiła na francuskie AS Cannes. Na wyjeździe dość nieoczekiwanie przegrała 1:3, ale we własnej hali zawodnicy maksymalnie się skoncentrowali, w trzech krótkich setach nie wypuszczając rywala z 16 punktów (25:14, 25:15, 25:16). Do upragnionego Final Four był już tylko jeden krok...

Niestety krok okazał się... bardzo duży, żeby nie powiedzieć siedmiomilowy. Los ponownie połączył Perugię z grupowym rywalem, Lokomotiwem Biełgorod. Tylko że teraz był już luty. W Rosji zima w pełni. Zespół wybrał się na pierwszy mecz do Biełgorodu dzień wcześniej z rana. Okazało się, że z powodu szalejącej w Rosji zimy trzeba lądować w Bukareszcie. Co gorsza po wielu godzinach oczekiwania nie udało się tego dnia stamtąd wydostać. Trzeba było nocować, a na drugi dzień przecież mecz.

Trwały negocjacje, żeby go przełożyć, ale szły jak po grudzie. Tymczasem zespół wyleciał z Bukaresztu, ale doleciał... na Ukrainę. Samolot wpadł w takie turbulencje, że zamiast w Dniepropietrowsku musiał lądować w Charkowie. Stamtąd resztę trasy zawodnicy pokonali autokarem. W zadymce śnieżnej jechali kilka godzin.

Jeszcze nigdy tak szybko autobusem nie jechałem! Po śniegu, drogi nie widać, a kierowca jedzie ponad 100 km/h! Brakuje nam jeszcze 30 kilometrów do Biełgorodu! - przez komórkę relacjonował na żywo Sebastian dziennikarzom Polsatu Sport, który miał transmitować to spotkanie. Tylko nie wiadomo było, czy będzie co transmitować. Potem Sebastian z humorem opowiadał mediom, że cała ekipa zazdrościła Terry'emu Martinowi, który został w domu z powodu żony rodzącej dziecko i ominęła go ta wątpliwa wycieczka.

Ostatecznie po prawie 31 godzinach od wyjazdu z Perugii zespół dotarł do Biełgorodu, na 20 minut przed zaplanowaną godziną meczu. Gospodarze nie zgodzili się na jego przełożenie, tłumacząc się zajętą halą następnego dnia. Opóźnili go jedynie o 40 minut. Nietrudno przewidzieć jego rezultat. Nierozgrzani, wymęczeni i zdenerwowani zawodnicy Perugii nie byli w stanie podjąć walki z Rosjanami, przegrywając do zera (25:16, 25:17, 25:18). W ten sposób zostali praktycznie pozbawieni szans na awans, bo w rewanżu musieliby nie tylko wygrać 3:0, ale i zdobyć więcej małych punktów - co patrząc na wynik pierwszego meczu było w zasadzie niewykonalne. W Perugii pewni swego goście wygrali 3:1. Marzenia o Final Four Perugia musiała odłożyć na lepsze czasy.

Nie tylko te. Chwilę wcześniej prysnęły również marzenia o Pucharze Włoch. Perugia jako ósma ekipa pierwszej fazy w ćwierćfinale trafiła na lidera, Sisley Treviso. W meczu rozegranym 25 stycznia 2006 roku uległa rywalom w tie-break'u. Pozostał więc już tylko jeden cel na ten sezon - scudetto.


fot. perugiavolley.it

Z tych planów nic jednak nie wyszło. W drugiej fazie sezonu zespół wprawdzie spisał się lepiej niż w pierwszej, plasując się na 5 miejscu w samej tylko rundzie rewanżowej, ale ostatecznie nie zmieniło to ósmej pozycji na koniec całej rundy zasadniczej. Tym samym Sebastian i jego koledzy postawili się w arcytrudnej sytuacji, trafiając w play offach na lidera tabeli. A był nim... zespół ich byłego trenera, czyli Lube Banca Macerata. Ze względu na mistrzostwa świata w Japonii pierwszą fazę play off skrócono w Italii do dwóch spotkań. Macerata nie dała szans Perugii, wygrywając dwukrotnie 3:0. Mała pociecha, że to właśnie Macerata została za chwilę mistrzem Włoch sezonu 2005/2006.

Nie ma co ukrywać, dla Perugii ten sezon był lekko rozczarowujący po rozbudzonych apetytach roku poprzedniego. Mimo wszystko sam Sebastian potwierdził swoją rolę lidera, wypadając znów świetnie w statystykach ataku. Zajął w nich 4 miejsce z wynikiem 51,97%. Wśród najlepszych punktujących zajął 22 miejsce, a wśród przyjmujących 33 (40,83% średniego przyjęcia).

Zaraz po zakończonych play offach przyjechał do kraju na mundialowy sezon kadrowy... szokując wszystkich sprawioną sobie we Włoszech fryzurą :)



Szokująca fryzura przyniosła szczęście - MVP IV Memoriału Wagnera 2006, fot. siatka.org

Opracowanie: Edyta Gwóźdź
Źródło: inf. własna/prasa włoska


[powrót do podsumowania]